Wracając z jednego z wyścigów we Francji, zatrzymaliśmy się po drodze do Reims w miejscowej katedrze. Zapierająca dech w piersiach przestrzeń, inspirująca szacunek i pokorę. Dziewczyny zapaliły po jednej świecy przy ołtarzu Matki Boskiej. Jeśli zapalisz świecę i wypowiesz życzenie, spełni się ono w ciągu roku. Nie wiem, czego Maruška sobie wtedy życzyła. Nie powiedziała tego. Niedawno tam wróciłam. Zapaliłam świecę na tym samym świeczniku, chociaż doskonale wiedziałam, że moje życzenie nigdy się nie spełni.
Kto pachnie benzyną...? Ta dziwna mieszanka niebiańskich i piekielnych zapachów jednocześnie? Z reguły my, mężczyźni, jesteśmy jej wyznawcami. Rzadko się zdarza, żeby kobieta była opętana przez tego demona. Jednak wtedy związek jest tym bardziej realny. Moja przyjaciółka Maruška Zachovalová poczuła zapach zarówno benzyny, jak i rumianku, który rósł za ich domem, w klinie wzgórz między Šerákiem a Ramzovskim Sedlem w Jesionikach.
Kuźnia w Šléglovie, gdzie dorastała Maruška, położona jest niemal w odosobnieniu, na skraju małej wioski u podnóża gór. Surowy region, surowe zimy. Do szkoły przez wzgórze. Na nartach, pieszo lub autobusem. Sklep i kino – trochę poza zasięgiem, w odległym mieście. Latem, na przykład z mamą, w Nortonie, Willisie czy starym Fordzie. Zdecydowanie nie chodziło o nowoczesny styl życia. Na wizytę – romantyczna sielanka z powrotem do dawnych czasów. Na normalne życie, z dzisiejszej perspektywy, trochę surowe. Ale zawsze panowała tam bardzo specyficzna, przyjemna, naturalna i bezpośrednia atmosfera, dla której każdy, kto kiedykolwiek tam był, z wielką przyjemnością wracał w to miejsce.
Znałam ją od dziecka. Była dość żywiołowa, wręcz niespokojna i psotna. Była zdrowa i bardzo zwinna, gdy chciało się ją złapać i ukarać za śmiałe zachowanie. Nic dziwnego. Środowisko, w którym się poruszała, jako najmłodsza z czwórki rodzeństwa, wymagało sporej dawki instynktu samozachowawczego i odwagi w walce ze starszym, silniejszym rodzeństwem o przetrwanie. Gdy sytuacja w domu osiągnęła punkt kulminacyjny, a wściekła wataha maluchów spustoszyła resztki systemu nerwowego ich raczej pacyfistycznej matki, nie miała innego wyjścia, jak udać się do kuźni po ojca. Ojciec kowal nie wyznawał przesadnej demokracji domowej i nigdy nie wahał się szczegółowo zbadać, które z dzieci, które właśnie schwytał, jest odpowiedzialne za daną zbrodnię. Odłożywszy młot, ruszył energicznym krokiem po domu, a ktokolwiek wpadł w jego ręce, padał ofiarą klasycznych metod reedukacji, które Ilja uważał za jedyne sensowne. Z drugiej strony, trzeba przyznać, że dzieci miały dość barwne dzieciństwo, podróżując na pace ciężarówki Avia na niezliczone imprezy motoryzacyjne i wyścigi. Tata jeździł Jawą 500 2x OHC, mama Walterem 350 OHC. W domu motocykle były wszędzie. Kiedy tacie udało się zarobić trochę pieniędzy, stało się jasne, że w domu pojawi się kolejna motocyklowa perełka.
Nic więc dziwnego, że pod wpływem takiego otoczenia mała Maruška wyrosła na uroczą, ale i moralnie i liberalnie zahartowaną młodą damę. Była w niej taka sprzeczność. Prawdopodobnie towarzyszyła jej przez całe życie. Potrafiła być niesamowicie miła, wręcz bezbronna, ale potrafiła też bardzo stanowczo wyrażać swoje zdanie.
Kiedy dotarła do ostatniej klasy szkoły podstawowej, musiała jedynie zdecydować, jaką obrać drogę życiową. Siedząc niezdecydowanie w kuchni z dwoma wypełnionymi podaniami leżącymi przed nią na dębowym stole – jednym do szkoły ekonomicznej, a drugim do liceum sztuk stosowanych o kierunku fotografii – to właśnie w tym momencie te dwie nieustannie skłócone natury ponownie toczyły w niej walkę. Jej starsza siostra Kateřina odegrała w tym momencie nieocenioną rolę w jej losie, patrząc jej przez ramię i dochodząc do wniosku, że bycie księgową to dla Maruški absolutna głupota. Wzięła i podarła podanie Maruški do szkoły ekonomicznej. To była z pewnością bardzo dalekowzroczna decyzja. Maruška najwyraźniej odziedziczyła pewien zestaw genów po ojcu, który oprócz tego, że był artystycznym kowalem, był również wykształconym malarzem akademickim. Tak więc bez problemu przeszła przez liceum i było dla niej jasne jak nigdy dotąd, że nie skończy w studiu fotograficznym, robiąc portrety do dowodów osobistych i paszportów. Zamierzała więc przeprowadzić się do Pragi, aby po wakacjach rozpocząć studia w słynnej uczelni FAMU, gdzie ostatecznie ukończyła studia z fotografii czarno-białej. Za każdym razem, gdy patrzyłam na jej zdjęcia, przywoływały one atmosferę i klimat kuźni na Šléglovie, domu, wzgórz i zakątków Jesioników. Nieustannie ciągnęła ją myślami do domu. Chociaż w tygodniu pracowała w Pradze, regularnie, w każdy piątek, spieszyła się do domu.
Kiedyś odwiedziłem Šléglova i byłem zaskoczony, widząc, że mała Maruška nie jest już taka mała. Przyjechała do domu starym Nortonem, pewnie z zakupów. Widziałem, jak całkiem dobrze radzi sobie z tym ciężkim sprzętem. Zasada o drzewie i jabłoni oczywiście działa, ale zadziwiające, jak potrafi uderzyć w tak romantycznie wyglądającą młodą damę. I to z całą mocą.
Nie minęło dużo czasu, zanim wyścigowy Walter mojej mamy, którym przez jakiś czas jeździł jej starszy brat František, w końcu stanął „porzucony“ na korytarzu przed kuźnią. Maruška nie obchodziła go długo. Nie musiała namawiać taty, żeby jej pomógł. Muszę przyznać, że wsiadanie na wyścigowego Waltera 350 OHC z 1954 roku to męska robota. Naprawdę potrzeba męskości, siły ducha, a nawet wytrzymałości fizycznej, żeby nim jechać w wyścigu. Ściskanie sprzęgła to męska robota. Ściskanie go przez cały wyścig – tego nie rozumiem. Każdy, kto kiedykolwiek jeździł Walterem, zgodzi się ze mną, jakie to trudne! I że 350 jest całkiem szybki…! Podchodziła do tego bardzo poważnie i całym sercem. Czasem ścieliła łóżko, czasem Walter strajkował, wieczorami pracowała nad nim w warsztacie, oczywiście pomagał jej tata Ilja, ale potrafiła zrobić wiele rzeczy, a nawet sama radzić sobie z problemami technicznymi na torze. Jeździła ostro, jeździła dobrze i było widać, że sprawiało jej to przyjemność. I nie muszę nikomu mówić, że czasami bardzo bolało. Kiedy wyruszyliśmy na motocyklową wyprawę na wyścigi TT na Wyspie Man, końcówki nici chirurgicznych wciąż wystawały z brody Maruški, od czasu, gdy tydzień wcześniej ścieliła łóżko w Hořicach. Operację usunięcia nici przeprowadziliśmy na kempingu na wyspie za pomocą francowki i obcinaczki do paznokci. Dzielnie się trzymała.
Pewnej zimy Ilja przywiózł z piwnicy podstawowe komponenty do wyścigowej JAWY 500 z wózkiem bocznym 2x OHC. Wszystko było jasne. Wiosną ryczało. Ilja za kierownicą, a Maruška w wózku. Jak oboje potrafili, na maksa. Jeśli dziś się nie uda, to nieważne, za dwa tygodnie znowu pójdą. Promieniowali radością i dobrym samopoczuciem. Robili razem to, co kochali najbardziej.
Na początku naprawdę tego nie rozumiałem. Będąc z natury nieco podejrzliwy, zastanawiałem się, dlaczego ta dziewczyna to robi? Lata później odpowiedź stała się dla mnie oczywista. Robiła to z radości, z miłości do tych starych maszyn, dla uczucia entuzjazmu i ekscytacji z jazdy, satysfakcji z dobrze rozegranego wyścigu, po prostu naprawdę dla tego żyła, ale przede wszystkim robiła to uczciwie i nie bawiła się w to, bo taka... Wracając z Manu, spotkaliśmy znajomego motocyklistę na nocnym rejsie na francuski ląd, który również wracał z wyścigów. Był Belgiem i miał na imię Damián. Poza poczuciem przynależności, które zawsze jakoś łączy motocyklistów na drodze, Damián dołączył do nas głównie dlatego, że wpadł mu w oko nasz Maruška, a dokładniej, był nią całkowicie zafascynowany. Od razu zaplanował, że musimy pojechać z nim, że mieszka niedaleko promu i że zorganizujemy jakiś wieczorny program itd. Oczywiście, spędziliśmy już poprzednią noc na statku z Man, biwakując pod gwiazdami na skraju pastwiska w hrabstwie Camelot, całodniową podróż przez Anglię, urozmaiconą włóczeniem się po Londynie, a potem tym nocnym promem do Calais. Wyglądaliśmy podobnie. Po prostu nie podzielaliśmy entuzjazmu Damiana dla programu towarzyskiego. Zrozumiał to, gdy wysiedliśmy z łodzi i zatrzymaliśmy się na stacji benzynowej kilka kilometrów dalej. Tam przyjrzał nam się uważniej, w lepszym świetle i ponownie rozważył pierwotny plan. Nie chciał jednak rezygnować z towarzystwa Maruščiny. Zabrał nas więc do swojej rodzinnej Brugii i o pierwszej w nocy przemycił nas do luksusowego, zacnego hotelu tuż przy placu, gdzie miał znajomych, bo coś dla nich robił. Był artystycznym kamieniarzem. Więc on i Ilja, również ze świata sztuki, mieli o czym rozmawiać. Odebrał naszą Maruškę rano i oprowadził ją po tym pięknym, starym hanzeatyckim mieście, bardzo starając się ją zdobyć. Ale było jasne, że Maruška nie zostanie tam z nim. Był z tego powodu smutny. Więc szykowaliśmy się do wyjazdu i próbowaliśmy go trochę pocieszyć, wymieniliśmy się adresami i tak dalej. Tym razem, kiedy się żegnaliśmy, powiedział do nas: „Widziałem anioła w jej oczach“. Chłopak, który znał ją od kilku godzin, powiedział wszystko jednym zdaniem. To zdanie często do mnie wraca. Ona po prostu była.
Przyzwyczailiśmy się do widywania Maruški na prawie każdym wyścigu. Tak ją znaliśmy. Ale kto z nas wiedział, że w tygodniu pracowała w fundacjach charytatywnych, odwiedzając ciężko chore dzieci w szpitalu? Chyba nikt z nas nie miał pojęcia, że była głęboko wierzącą katoliczką.
Jedziemy drogą, jak co roku przed wyścigami, za kapliczką w Hořicach. To nasze ulubione miejsce. Wypatrujemy starego, dyszącego kowalskiego samochodu, Avii, który pojawia się za aleją wiśni, tak jak od lat. Zatrzymuje się z westchnieniem ulgi, Ilja wysiada z taksówki, zapala fajkę, a uśmiechnięta Maruška wyskakuje z drugiej strony, rozpakowuje przepyszny piernik od swojej mamy i pyta nas, którzy lgną do niego jak osy do miodu, z figlarnym uśmiechem, czy myślimy, że kiedyś wyjdzie za mąż…? Ale kiedyś musiałem sam wsiąść za kierownicę tej Avii. W drodze powrotnej z Hořic jechałem nią po raz ostatni, pustą i opustoszałą.
Oni i ich tata popłynęli łódką gdzieś dalej, skąd nie mogli znaleźć drogi powrotnej.
Wracam. Góry i doliny wciąż są tak samo spokojne i piękne, tylko trochę puste, zubożałe. Potem, schodząc z Jesioników, zatrzymuję się przy galerii obrazów klasztoru w Kralicach. Tam szukam jej twarzy na starych obrazach. Szukam jej wszędzie. Wiem, że nie jestem sam.
Mirek Tuma







